Ostatnio pisałam o ruchu na blogu w związku z wyzwaniem czerwcowym. Myślę, ze od przyszłego tygodnia postaram się o regularność w postaci 2/3 postów tygodniowo oraz o wersję angielską.
Dlaczego tak nagle – teoretycznie statystyki pokazują duże zainteresowanie ze Stanów Zjednoczonych. Oczywiście trzeba na to patrzeć trochę przez palce, jak nie boty to VPN, ale myślę, że zaryzykuje.
Podzielcie się swoimi doświadczeniami. Trochę Was tu jest, a dla mnie Wasza obecność i każde słowo jest bardzo cenne. Jednocześnie chce bardzo podziękować za Wasz czas, za przeczytanie i napisanie nawet kilku słów.
Wiecie, ja lubie ciekawostki, lubię czytać, szukać, porównywać… I nie mam generalnie problemów, które zaprzątają moją głowę. Jestem spokojna, a jednocześnie pełna energii i chęci czy potrzeby zwiększania wiedzy, nawet zbędnej.
Ile ja razy usłyszałam „a po co ci to? / daj spokój/ nikogo to nie obchodzi / Ameryki nie odkryłaś”.
Dla kogoś to może żaden cud, ale dla mnie bomba. Może dla człowieka to normalny krok, ale dla skrzata ogromny!
Do czego zmierzam… Że nie każdy ma ten luksus, komfort, spokój. Jest pewna rodzina, dla której otworzyłam profil na Buy me a coffee (link)
Wstawione są posty, ale przedstawię zarys, który dla mnie jest absurdalny, ale możecie wypowiedzieć się sami…
Rodzina. Mąż, żona, dzieci. Mąż i żona zbierali oszczędności, nie zarabiając jakichś kokosów, dopiero rok czy dwa zarabiają lepiej. Mają dwoje dzieci, powiedzmy 4 latka i drugie pół roczku. Pech chciał, że „mamusia” ma spinę z zięciem. Przestał dla teściów istnieć, a fochy odbijają się na żonie. Mają plan się wynieść z toksycznej relacji, im dalej od mamusi tym lepiej. Mają pewne oszczędności, bo chcą zbudować dom, to też nie Warszawa, więc ceny i koszty ogólnie trochę mniejsze. Gdzie jest problem – mieszkają w mieszkaniu mamusi od 6 lat, a mamusia życzy sobie teraz, za karę za zięcia, 2-3 tys do ręki. Za miesiąc oczywiście, a do tego muszą normalnie opłacać czynsz, prąd etc.
Jedni powiedzą: to jeszcze tanio.
A ja powiem: stawianie sytuacji na ostrzu noża i wymuszanie haraczu nagle z dupy to nie jest w porządku. Bo to nie jest sytuacja „mam teraz problemy finansowe, pomóż mi jakiś czas” tylko ordynarnie po awanturach i pretensjach jest wyciąganie kasy.
Ja bym nawet nie zastanawiała się czy płacić, wyniosła bym się czym prędzej, ale ja nie mam do spakowania dwójki maluchów. Ja mogę się przespać w namiocie, a taki niemowlak?
Dziewczyna z racji tego, że to jej rodzice to ma z tyłu głowy taką presję, leczy się na depresję, którą zafundowala jej o ironio matka.
Czytałam o tym, to taki tryb przetrwania, którego się uczyła całe dzieciństwo. Była ptaszkiem w klatce, ale nawet nie złotej. Matka autorytarna i kontrolująca by najlepiej sama wybrała sobie zięcia podejrzewam, a ze córka wymyka się spod kontroli…
Powrót do blogowania rzadko bywa przypadkowy. Zazwyczaj oznacza, że coś w środku domaga się przestrzeni.
Blogowanie dziś wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Jest szybciej, głośniej, bardziej algorytmicznie. Treści mają się klikać, sprzedawać, angażować, a jednak blog wciąż ma jedną przewagę nad wszystkim innym — czas.
Na blogu nie trzeba zmieścić się w kilkunastu sekundach. Nie trzeba krzyczeć. Można pozwolić sobie na niedoskonałość i dłuższą myśl.
Wracam do blogowania, bo to jedyne miejsce w sieci, które nie wymaga natychmiastowej reakcji. Można pisać wolniej. Czytać uważniej. Myśleć głębiej.
Wracam też dlatego, że z wiekiem zmienia się perspektywa. Mniej interesuje mnie udowadnianie czegokolwiek. Bardziej — porządkowanie.
Blog staje się zapisem tego, co naprawdę ważne. Bez filtrów, bez pośpiechu, bez konieczności bycia „na czasie”.
Czy blogowanie ma dziś sens? Jeśli patrzeć tylko przez pryzmat liczb — być może nie zawsze. Ale jeśli patrzeć przez pryzmat znaczenia — jak najbardziej.
Bo blog nie musi być dla wszystkich. Wystarczy, że jest dla tych, którzy trafią tu dokładnie wtedy, gdy tego potrzebują.
I być może właśnie dlatego wracam do blogowania teraz. Nie dlatego, że to modne. Tylko dlatego, że to uczciwe.
Regularne pisanie przez miesiąc nie brzmi jak coś przełomowego. A jednak zmienia więcej, niż się spodziewałam.
Na początku jest entuzjazm. Potem przychodzi zmęczenie. A jeszcze później — moment, w którym przestajesz się zastanawiać, czy masz ochotę pisać, i po prostu to robisz.
Ten miesiąc nauczył mnie, że pisanie nie zawsze musi być efektem weny. Częściej jest efektem decyzji. Siadasz i piszesz — nawet jeśli tekst nie wydaje się idealny, nawet jeśli masz wrażenie, że już wszystko zostało powiedziane.
Regularność obnaża wiele rzeczy. Pokazuje, ile mamy wymówek. Jak często czekamy na „lepszy moment”. I jak bardzo nie doceniamy prostoty konsekwencji.
Pisząc codziennie, zaczynasz zauważać, że nie każdy tekst musi być przełomowy. Nie każdy musi się podobać. Ale każdy coś porządkuje — w głowie, w myślach, w emocjach.
Ten miesiąc nauczył mnie też pokory. Nie każdy dzień był łatwy. Były teksty, które powstawały szybciej, i takie, które ciągnęły się w nieskończoność. Były momenty zwątpienia i pytania „po co mi to?”.
I właśnie wtedy pojawiała się odpowiedź: dla siebie.
Bo blog przestaje być tylko miejscem publikacji. Zaczyna być zapisem drogi, zmiany, myślenia. Czymś, do czego można wrócić i zobaczyć, jak bardzo wszystko się przesunęło.
Regularne pisanie nie daje natychmiastowych efektów. Nie gwarantuje zasięgów ani sukcesu. Ale daje coś znacznie cenniejszego — poczucie ciągłości.
A w świecie, który jest chaotyczny i pełen rozproszeń, to naprawdę dużo.
Przebodźcowanie nie przychodzi nagle i nie tyczy się tylko dzieci. Ono narasta powoli, po cichu. Aż w końcu czujemy zmęczenie, którego nie potrafimy wyjaśnić.
Za dużo dźwięków. Za dużo informacji. Za dużo decyzji – nawet przyjemnych.
Objawy bywają mylące: drażliwość, problemy ze snem, brak koncentracji, niechęć do ludzi. Często tłumaczymy je stresem albo „gorszym okresem”.
Tymczasem nasz układ nerwowy nie był projektowany do ciągłej stymulacji. Potrzebuje ciszy, powtarzalności i przewidywalności.
Ignorowanie przebodźcowania prowadzi do wypalenia. I nie dotyczy tylko pracy. Dotyczy życia jako całości.
Czasem największym aktem troski o siebie jest ograniczenie — a nie dokładanie kolejnych bodźców.
Jestem terapeutką w trakcie certyfikacji psychoterapeutycznej. Integruję podejścia: TSR, poznawcze, humanistyczne, doświadczeniowe. Interesuje się pracą ze snami i wyobraźnią, kreatywnością, antropologią, neuronauką. Zapraszam na sesje indywidualne i warsztaty.
Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze... Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy... Nauczyć się dawać, nie dając... Nauczyć się brać, nie biorąc... Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ....miłości nie kochając... Nauka jest sztuką!!!!
🔬 Laboratorium kreatywnego myślenia. Tu słowo nie pełni roli ozdobnika - ono bada, prowokuje, kreuje i skłania do refleksji. To blog, który nie boi się myśleć inaczej. Literacki performance kobiety po przejściach - czyli przestrzeń dla idei, które nie mieszczą się w schematach. "Myśli (nie) banalne Joanny to publicystyka z pazurem. Tu absurd nie śmieszy - on brutalnie obnaża rzeczywistość. Ulubione motto? „Bez nas [emocji] wojna to tylko konflikt. Ze sztuką tracimy jedyny powód, dla którego warto walczyć.”