#15 post – letnie emocje

Dlaczego latem czujemy się inni (i to całkiem normalne)

Latem coś się w nas zmienia. Nawet jeśli nie mamy urlopu, nawet jeśli życie wygląda tak samo jak w innych miesiącach. Dni są dłuższe, świat głośniejszy, a oczekiwania — większe.

Latem „powinno” być lepiej. Powinniśmy mieć więcej energii, lepszy humor i ochotę na życie. Problem zaczyna się wtedy, gdy rzeczywistość nie nadąża za tym wyobrażeniem.

Słońce wpływa na nasz organizm — na sen, hormony, koncentrację. Ale wpływa też presja społeczna. Wszędzie widzimy obrazy idealnego lata: podróże, spotkania, radość, ale… jeśli my tego nie czujemy, pojawia się pytanie: „co ze mną nie tak?”.

Odpowiedź brzmi: nic. Lato POTRAFI i MOŻE wydobyć emocje, które przez resztę roku są przytłumione. I to jest zupełnie normalne, jeśli ich jednak nie wydobędzie.

***

🔗 Annual variation in daily light exposure and circadian change of melatonin and cortisol concentrations — pokazuje, że ekspozycja na światło (np. latem vs zimą) wpływa na rytmy melatoniny i kortyzolu – czyli hormony regulujące sen, nastrój i stres
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4952149/

🔗 Melatonin and Seasonal Rhythms — opisuje mechanizm, w którym zmiany długości dnia zmieniają wydzielanie melatoniny, co oddziałuje na zachowanie i nastrój
https://journals.sagepub.com/doi/full/10.1177/074873049701200605

🔗 Seasonality in affective disorders — przegląd badań, które pokazują, że ludzie reagują sezonowo na światło, co wiąże się z nastrojem i biologicznymi funkcjami organizmu
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S001664801730237X

#12 post – ludzkie cialo

Zaskakujące fakty o ludzkim ciele

Ludzkie ciało jest jednocześnie genialne i absurdalne.

Potrafi przetrwać rzeczy, które wydają się niemożliwe, a jednocześnie psuje się od braku snu, stresu albo złej diety.

Nie wszystko w naszym organizmie działa logicznie. Czasem reaguje emocjami, zanim zdążymy pomyśleć. Czasem wysyła sygnały, które ignorujemy, aż zrobi się naprawdę głośno.

Może zamiast traktować ciało jak maszynę, warto zacząć słuchać go trochę uważniej.

***

  1. Mózg potrafi „oszukać” ciało
    Możesz odczuwać ból w nodze lub ręce, której już nie ma (tzw. ból fantomowy).
  2. Masz geny… które nic nie robią
    Część naszego DNA to tzw. „śmieciowe geny” — pozostałość po ewolucji. Ergo: Ciało nosi błędy z poprzednich wersji.
  3. Oddychanie i jedzenie dzielą tę samą „rurę”
    Drogi oddechowe i pokarmowe krzyżują się, dlatego można się zakrztusić. Fatalny projekt.
  4. Twoje ciało reaguje szybciej, niż myślisz
    Cofasz rękę od gorącego przedmiotu zanim mózg „zdecyduje”, bo robi to rdzeń kręgowy.
  5. Niektóre części ciała są zupełnie zbędne
    Wyrostek robaczkowy, zęby mądrości czy mięśnie poruszające uszami — większość ludzi nigdy ich nie używa.

Co do mózgu:

  1. Mózg bardziej boi się strat niż cieszy z zysków
    Strata 100 zł boli silniej, niż cieszy wygranie 100 zł, dlatego trzymamy się niekiedy złych decyzji („skoro już tyle w to włożyłem…”).
  2. Mózg lubi kłamać… żeby było wygodniej
    Wspomnienia nie są nagraniem, tylko rekonstrukcją. Za każdym razem, gdy coś wspominasz, mózg może to lekko zmienić.
  3. Mózg podejmuje decyzje zanim masz „świadomą myśl”
    Badania pokazują, że decyzja zapada ułamki sekund wcześniej, niż masz poczucie wyboru. Świadomość często tylko „dopowiada historię”.
  4. Mózg woli szybkie odpowiedzi niż dobre
    Działa na skróty (heurystyki), co prowadzi do błędów poznawczych. Dlatego wierzymy w stereotypy i fake newsy.
  5. Mózg gorzej znosi bezczynność niż stres
    Brak bodźców może powodować niepokój. Dlatego ciągle sięgamy po telefon, nawet bez powodu.

Rzeczy, które ciało robi źle (albo głupio)

  1. Psuje samo siebie (choroby autoimmunologiczne)
    Układ odpornościowy czasem atakuje własne komórki.
  2. Kręgosłup nie radzi sobie z chodzeniem na dwóch nogach
    Ewolucyjnie nie był do tego stworzony. Bóle pleców są normą, nie wyjątkiem.
  3. Zęby mądrości nie mieszczą się w szczęce
    Mamy mniejsze szczęki niż przodkowie, ale zęby zostały. Chociaż już coraz częściej ludzi omija ta wątpliwa przyjemność!
  4. Reakcja „walcz lub uciekaj” włącza się bez sensu
    Stresujesz się mailem tak, jakby gonił cię tygrys. Organizm nie odróżnia zagrożeń realnych od psychicznych.

5 ciekawostek cz.2: ze świata zwierząt

🐙 Ośmiornice mają trzy serca i niebieską krew
Dwa serca pompują krew do skrzeli, a trzecie — do reszty ciała. Co ciekawe, gdy ośmiornica pływa, serce główne przestaje bić, dlatego te zwierzęta wolą się „przemieszczać” po dnie, pełzając. Krew wynika z powodu obecności białka zwanego hemocyjaniną, które zawiera miedź zamiast żelaza.

Enteroctopus dofleini – jeden z największych gatunków ośmiornic na świecie/bryk.pl

Ośmiornice to nie wyjątek! Dżdżownice mają pięć par „serc” – czyli tzw. łuków aortalnych, które pompują krew.

Rekiny potrafią mieć kilka wątrób (często dwie lub trzy), bo służą im do magazynowania tłuszczu i pomagają w utrzymaniu wyporności.

Niektóre jaszczurki mają dwa penisy (hemipenisy) – praktyczne rozwiązanie przy „nierównym” ułożeniu ciała podczas zalotów. 😅

🐘 Słonie potrafią rozpoznać siebie w lustrze.
To oznaka wysokiej samoświadomości — poza człowiekiem potrafią to tylko nieliczne gatunki, jak delfiny, kruki i niektóre małpy.

To tzw. test lustra (Mirror Test), który bada samoświadomość. Poza ludźmi zdały go:

  • Delfiny butlonose,
  • Słonie afrykańskie i azjatyckie,
  • Sroki, kruki i papugi szare (żako),
  • Orangutany, szympansy, bonobo, a nawet niektóre ryby – np. labroides dimidiatus (czyściciel rafowy).
    💡 W skrócie – jeśli zwierzę dotyka np. plamki farby na swoim ciele, widząc ją w lustrze, to znaczy, że „wie”, że patrzy na siebie.
https://www.animalcognition.org/2015/04/15/list-of-animals-that-have-passed-the-mirror-test/

🐧 Pingwiny mają „kamienie miłości”
Samiec pingwina często daje samicy kamyk jako symbol zainteresowania. Jeśli samica przyjmie prezent, tworzą parę na cały sezon (a czasem nawet na całe życie!).

Samiec pingwina potrafi godzinami szukać „tego jedynego kamienia”, idealnego do ofiarowania wybrance.

💬 „Dałem ci kamień z wielkim love – teraz zostań moją kamieniczką!” 🪨❤️
To nie tylko gest romantyczny – kamienie pomagają też w budowie gniazda, więc prezent ma znaczenie praktyczne i emocjonalne!

🦋 Motyle potrafią smakować stopami
Na ich odnóżach znajdują się specjalne receptory, które pozwalają im „posmakować” liście i sprawdzić, czy nadają się do złożenia jaj.

Ryby – potrafią to całym ciałem! Ich skóra jest pokryta receptorami chemicznymi, więc dosłownie „czują smak” w wodzie, która je otacza.

Koty i nietoperze mają receptory smaku również na podniebieniu, nie tylko na języku.

Węże – „smakują powietrze” za pomocą swojego rozwidlonego języka, który zbiera cząsteczki chemiczne i przenosi je do specjalnego narządu węchu, zwanego narządem Jacobsona, który znajduje się w podniebieniu ich pyska.

🦩 Flamingi są różowe dzięki diecie
Gdyby nie jadły skorupiaków i glonów bogatych w karotenoidy, ich pióra byłyby szare lub białe. Kolor to efekt „naturalnego barwnika” z pożywienia. Przy okazji – mogą tracić ten barwnik, gdy wychowują pisklęta. Jak to zwykle, rodzic zapomina o sobie jak ma młode pod skrzydłami…

Kolor u zwierząt to nie tylko estetyka – to język przetrwania.

  • 🦎 Kamuflaż: Kameleon, modliszka orchidea czy ośmiornica – barwy służą im do ukrywania się.
  • 🐦 Przyciąganie partnera: Paw z rozłożonym ogonem to klasyka – im bardziej kolorowy samiec, tym większe szanse na samicę.
  • 🐸 Ostrzeżenie: Jaskrawe barwy u żab i owadów (np. biedronek) oznaczają: „Nie jedz mnie, jestem trujący!”
  • 🦋 Termoregulacja: Ciemniejsze motyle lepiej się nagrzewają w chłodnym klimacie, jaśniejsze odbijają ciepło.
  • 🦩 Dieta: Jak wspomniane flamingi – kolor z pożywienia. Podobnie u karotenoidowych ryb (np. złotych), które bledną, jeśli mają złą dietę. P.S. był i czarny flaming, ale to prawdopodobnie wynik choroby genetycznej i wytwarzania nadmiaru melaniny.

***

Co drugi poniedziałek spodziewajcie się ciekawostek 😉

Niezniszczalność i wieczność

By odpocząć trochę z okazji tych tzw. wakacji* to czytam sobie różne gazetki (papierowe!) i tak wpadło mi hasło, wyrażenie właściwie „wieczna młodość” w oko. Brzmi to jakże śmiesznie, raczej jak z jakiejś starej bajki czy SF albo właściwie reklamy super-kremu, ale może z jakiegoś powodu ta myśl wraca do łask.

Wchodząc głębiej dużo się z tym SF nie myliłam, biotechnologia, genetyka – te sprawy. Niby logiczne, ale się kojarzy.

Co więc daje nam nowe nadzieje na ten eliksir młodości?

Zaczynamy od golców (XD) pustynnych. Tu link do artykułu w necie -> Interia

foto z Interia.pl

Te niezbyt może urodziwe kretoszczurki nie dość, że w dużej mierze są odporne na niedobór tlenu, czy nawet na jego krótkotrwały (kilkunastominutowy) brak – bo przestawiają się na spalanie fruktozy jak rośliny, ale też nie czują bólu. Ba, na dodatek one praktycznie są odporne na choroby nowotworowe. Może eksperymenty z żywym ogranizmem i infekowanie go specjalnie wirusem wywołującym raka jest słabe, ale skoro przyniosły taką wiedzę…

W każdym razie te golce jak na gryzonie żyją dość długo, bo ok. 30 lat. Taki zwierzaczek „ekstremalny” może pomóc dzięki swym cechom różnorodnie:

  • terapia genowa – modyfikowanie tkanek
  • podukcja leczniczych molekuł do terapii
  • nowe leki

Drugi cud natury to niesporczaki 😀 Obrazek poniżej już dużo nam powie.

Jak wyczytałam to i temperatura -270 nie będzie im straszna, są odporne na ciśnienie 6x większe niż to na dnie Rowu Mariańskiego (jakoś koło 110 MPa), czyli na luzie pewnie rozerwałoby człowieka.

Potrafią przejść w anabiozę, żeby przetrwać dzięki specjalnym białkom chroniącym komórki. U ludzi mogłoby to znacznie opóźnić śmierć! Chociaż to akurat nie wiem czy powód do radości…

Ale konserwacja leków (tych z białkiem) czy organów do przeszczepów to już sensowne. A co by jednak trochę odlecieć, to rozważania nad wprowadzeniem do DNA genów tak wytrzymałych stworzeń prowadzą do podróży w kosmos 🙂

To pomówmy krótko o mitycznej hydrze, bo taką nazwę nosi pewne zwierzątko, bezkręgowiec – stułbia. Link do innego artykułu -> LINK

Można rzec, że hydra się nie starzeje. Poważnie, ona tak w teorii jest nieśmiertelna, bo komórki macierzyste dzielą się bez ograniczeń. Częściowo dzięki genowi FOXO, ale prócz niego musi być coś jeszcze w tej istocie, bo nawet po usunięciu tego genu i licznych chorobach, na które ona zapada, śmiertelność się nie zwiększa. Ich życie zależy głównie od środowiska, w którym żyją. Czy w takim razie mogłyby żyć realnie wiecznie? Albo chociaż okropnie długo?

Kolejne eksperymenty dały pewną nadzieję – jest pewien wariant wspomnianego genu, FOXO3. Prawdopodobnie dzięki niemu ludzie mogą dozyć setki i więcej. Nawet jest sugestia, by spróbować własnej modyfikacji poprzez spożywanie astaksantyny występującej w glonach czy rybach (skrót myślowy). Ma dużo silniejsze działanie niż wit. C czy E.

Może w międzyczasie byśmy dorzucili żółwie? Choćby żółw słoniowy. Inny artykuł -> LINK

Santa Cruz, Galapagos Islands

Dzięki mechanizmom typu NER i BER żółwie mogą usuwać bądź naprawiać uszkodzenia. Niskie tempo podziału komórkowego to mniejsze ryzyko błędów, gen TP53 potrzebny do apoptozy. Do tego geny chroniące białka, które je stabilizują i przedłużają ich funkcjonalność, co daje nam istotę żyjącą koło 200 lat.

Powoli dobijając do końca tej cud-listy dorzucimy wieloryba. Tak, wreszcie coś większych rozmiarów! Właściwie też znany jako wal. Inny artykuł -> LINK

niedaleko Ziemi Baffina w Kanadzie – robertharding – East News

Niestety wieloryby nie miały łatwego życia. Fiszbinowiec, który jest nieproporcjonalny, jakby ekspetyment natury, który jakoś przetrwał, choć preferuje pływać sobie wolno i dostojnie przy powierzchni. To raczej mało bezpieczne w perspektywie kiedyś i teraz polujących wielorybników. Kto mi wiarygodnie udowodni, że już absolutnie nikt na nie nie poluje? Nawet mimo zakazu…

Na szczęście dzięki wielkiej ilości tłuszczu może kryć się pod lodem. Ogólnie rzecz biorąc długowieczny, nawet potrafi dożyć ok. 200 lat, nie narzeka na choroby serca czy raka mimo swoich rozmiarów.

Posiada geny pomagające w naprawie DNA, zwiększające odporność i spowalniają proces starzenia. Białko UCP1 (termogenina w BAT) dostarcza energii w zimnie, z czego korzystają też niejako niedźwiedzie podczas swojego zimowego snu. Ba, większość ssaków łożyskowych na ten gen z racji właśnie termoregulacji.

Tym ciekawsze, że u większości fiszbinowców ten gen zanikł całkiem lub posiadają jego niefunkcjonalną kopię (pseudogen), a u tego walenia nadal występuje, choć może być ewentualnie zmodyfikowany.

Przy okazji dorzucę tu słonia. Nie żyje on wprawdzie tak długo jak ww. wieloryb, bo coś może do 60-70 lat, ale ma też ciekawe cechy.

Słonie posiadają białko p53. Cóż to za odkrycie, zapytacie. Ano chodzi o to, że to białko podejmuje się naprawy DNA przy niewielkich zniszczeniach, ale jeśli nie ma na to szans – doprowadza do apoptozy, niejako samobójstwa komórki.

Ludzie mają raptem jeden gen do produkcji tego białka, a słonie 20. Może komuś się obił o uszy paradoks Peto – im wieksze stworzenie, tym mniejsze ryzyko choroby nowotworowej. Odwrotnie niż logika sugeruje – im więcej komórek, tym większe ryzyko choroby.

Obserwacja statystyczna z 1977 r. – niestety jednak została ona podważony. To nie tyle chodzi o zachorowalność, a o umiejętność organizmu do zwalczania komórek rakowych.

Kończymy listę rekordzistami długowieczności:

  • rekin grenladzki (to zimno jednak musi coś znaczyć) – potrafi dożyć do 400 lat!
  • małż oceaniczny – ten to nawet do 500 lat
  • „nieśmiertelna” meduza – potrafi cofnąć się w rozwoju do stadium polipa i na nowo stać się dorosłą wersją

Zachęcam do przeczytania jeszcze jednego artykułu „Czy naprawdę musimy się starzeć?”

BONUS

Zrobiłam quiz o prawie wszystkich tych zwierzaczkach, więc miłej zabawy!

QUIZ

***

Inne wpisy z kategorii „zwierzęta”

Kobiety-matki

Dziś chcę wam przedstawić wypowiedzi trzech kobiet, które zostały niedawno matkami (w sensie urodziły, a dzieci nie mają więcej jak akurat 8mies.). Pewne cechy są wspólne, ale niektóre wprawiły mnie w osłupienie. Spotkałam się z trzema chętnymi do rozmowy kobietami około 30 lat. Nie podaję nazwisk i dokładnego wieku.

Kategorie pytań:

a. przed porodem: sytuacja rodzinna, finansowa, nastawienie

b. poród, połóg

c. po porodzie jw.

***

1. Jadwiga i Mareczek

Z mężem staraliśmy się już rok o dziecko, ale praca-dom-praca-dom, stres, ciągle w niedoczasie. Myślę z perspektywy czasu, że może za bardzo chciałam i życie nauczyło mnie pokory.

Ogólnie rodzina pełna i wspierająca, babcie i dziadkowie nie mogli się doczekać. Co wizyta u lekarza to trzeba było dać znać czy wszystko dobrze, czy wiadomo co się urodzi.

Finansowo też dobrze, własne mieszkanie, oszczędności zawsze jakieś były i nie odmawialiśmy sobie dwa razy w miesiącu jakiejś kolacji czy kina. Mieszkanie to nie jakieś wielkie luksusy, ale te trzy pokoje mamy. Kupiliśmy je wspólnymi siłami, pod miastem, więc nie było aż tak drogo.

Jak mówiłam, staraliśmy się już jakiś czas i frustracja rosła. Zaczęłam się bać, że nie możemy.. że ja nie mogę. Mąż wspierał, robił co mógł, ale płakał ze mną. Aż w końcu udało się! Nie wiem dlaczego akurat wtedy, ale to był dzień łez szczęścia.

Poród najłatwiejszy nie był, trwał i trwał, ale wszystko się udało. Na szczęście dostałam znieczulenie. Co tu dużo mówić, na KTG wyszły skurcze, więc stwierdzili, że już czas.

Pierwsze dwa tygodnie mąż wziął wolne na mnie, opiekę. Krzywili się w pracy, ale co mogli zrobić? Nie wiem co bym bez niego zrobiła. Potrafiłam cieszyć się i płakać jednocześnie. Do tego kiepsko mnie zszyli, musiałam iść na poprawę. To chyba było gorsze od porodu, mentalnie, że moje.. podwozie będzie paskudne i mąż mnie już nie tknie.

Ktoś powie: o takich rzeczach nie myśli się w połogu! A o czym? O kolejnej pieluszce, obrzyganym pajacu, bolących piersiach? Ja nie umiałam od razu przystawiać synka, musieliśmy oboje się tego nauczyć. Ba, przewinięcie chłopca, podtarcie mu dupki, wytarcie siusiaka – tak się wydaje łatwo, a potem trafia cię tym moczem w twarz.

Na szczęście z czasem było coraz lepiej, mama i teściowa bardzo mi pomogły. Były trochę natrętne, ale widziałam ich starania i bardzo je doceniam. Gdybym miała to wszystko robić sama nie wiem czy bym podołała. Szczerze, chyba praca z grupą, szkolenia, to przy tym żadne wyzwanie.

Ciężko mi trochę się odnaleźć między dzieckiem a domem. Ktoś powie, że jestem pewnie leniwa, ale dzieci są różne. Mają humory, zachcianki, jednocześnie są tak delikatne.

Tak na prawdę to mieliśmy dużo szczęścia w życiu i dalej mamy. Dużo dostajemy, więc nawet moja niższa pensja to nie problem, ale nie odmawiam sobie kupna ślicznych ubrań. Wzięłam cały urlop, macierzyński i rodzicielski, więc mogę nacieszyć się maluchem.

2. Patrycja i Michaś

Michał był i nie był planowany. Przyznaję. Myśleliśmy z wtedy-narzeczonym o dziecku, ale za jakiś czas, po ślubie. Wyszło jak wyszło, ślub był szybciej i też się bardzo cieszę.

Nigdy nie pluliśmy kasą, ale robiliśmy swoje i odkładaliśmy co się dało. Mieszkanie niestety wynajęte, ale po to były oszczędności, do tego może te kredyty dla młodych małżeństw by weszły i jakoś by człowiek dał radę. Ktoś się zdziwi, wynajmują i oszczędzają? Ano, można jak się ma plan.

Moja rodzina to generalnie rodzice i brat, bez większych zażyłości. U męża, muszę się przyzwyczaić jeszcze, dużo osób nie ma, ale przyjaźnie.

Szłam na porodówkę jako kłębek nerwów. Matka mówiła, że mnie wypychała całą noc i dzień, ból straszny, że przy bracie tak źle nie było. Trzęsłam się jak osika, nie wiedziałam czy to skurcze czy co, ale uczucie było jakbym chciała się… wypróżnić. Serio.

Mąż był ze mną i to dużo mi dało. Położne mówiły, tłumaczyły, bo nie było lekarza do znieczulenia. Dwie godziny, ale udało się i mam synka. Nie wiedziałam, czy dam radę, miałam serdecznie dość, byłam głodna i zmęczona. Nie spałam prawie w nocy, a że blisko akcja porodowa to i nie mogłam jeść, tak w razie znieczulenia.

Psychicznie to wzloty i upadki. Nie umiałam nic przy nim zrobić, ale uczyłam się i robiłam co mogłam. Masakryczne były nocki, Michał tak się darł z głodu.. ja wiem, w brzuchu było wszystko od razu, a tu każą czekać.

Moja matka jest neutralna, za to teściowa wpatrzona jak w obrazek, że to wykapany tata. Jakoś mnie nie zaskoczyła.

Z czasem to raczej ciężej było mężowi, bo prócz pracy jeszcze zakupy czy pranie, póki nie wróciłam do formy, ale już mogę zmywać, odkurzać, wstawiać i wieszać pranie, nawet ugotuję jak młody da szansę. Matka czasem pomoże, ale i ona i teściowie pracują, więc trzeba radzić sobie samemu.

Problem to mieszkanie, bo to na trzy osoby jest za małe. Pewnie będzie trzeba wziąć kredyt i znaleźć nowy dom. Trochę dostaliśmy ubranek i zabawek, całe szczęście, bo to kosztuje krocie. Wykorzystam macierzyński, pomyślę co dalej, bo łatwo nie będzie.

3. Marta i Laura

Moi rodzice są generalnie ok, matka dość natarczywa, ale chyba się przyzwyczaiłam. U męża spora rodzina i żyją w zgodzie, odwiedzają się chętnie nie tylko w święta.

Planowaliśmy dziecko, nawet dzieci. Szybko się udało i byłam przeszczęśliwa. W końcu mam coś mojego, mam cel życia. Bo mam.. miałam przed ciążą podejrzenie głębokiej depresji. Teraz nie wiem.

Cała ciąża minęła bardzo fajnie, bez mdłości, tylko nogi puchły. Wszyscy się cieszyli, ja też, bardzo. Mąż dbał, pomagał, w nocy zupę gotował. Na dziwne połączenia to nie, ale ochota na pomidorową czy szczawiową ot tak była.

Porodu się bałam, nie wiedziałam czy rozpoznam, że to już. Ale poznałam jak zaczęłam „sikać” wodą. Nagle, już leżę, przysypiam, i zaczyna mi coś popuszczać. Wstaję, a tu się leje płyn. Wołam męża, on patrzy, „ale na pewno już? nie zsikałaś się po prostu?”. Po godzinie byliśmy w szpitalu. Pół godziny musiałam się uspokajać, tak cała się trzęsłam. Reszta to dojazd.

Noc w szpitalu i nic, ale zaczęłam krwawić. Delikatnie, więc myślę sobie, już niedługo. Od jakiejś 6 rano zaczęły mnie plecy boleć. O 9 chyba było badanie, to ok 10 byłam na porodówce. Dostałam oksytocynę i dużo nie zajęło, jak myślałam, że wyjdę z siebie. Ani leżeć, siedzieć, trochę spacerowałam przy łóżku, ale to było okropne. Rozwarcie jakieś było, leżałam już, urodziłam, zszyli mnie, ale wstać to za dużo. Do sali dojechałam na wózku.

Uczyłam się obsługi, ale płakałam jak bóbr. Mała była wiecznie niezadowolona, tak myślałam. Okazało się, że nie lubi jak jest za ciepło (zwykle dzieci były w body i pajacach, moja tylko pajac), do tego nie lubiła samotnie spać (prócz drzemki). A poza tym to dzielna dziewczyna, przy kłuciu pięty nie płakała.

Dwa tygodnie z mężem byliśmy sami w domu. Spokój. Potem zaczęło się piekło, gdzie moja psychika padła.

Wszystko źle, do tego wyszło, że jestem leniwa. Nikt tego nie powiedział wprost, ale aluzje były ordynarne. Popadłam w rozpacz. Do tej pory nie jest zbyt dobrze, bo czasem są dni, kiedy mam dość. Wyszłabym i nie wróciła. Albo zapiła. Albo weszła pod rozpędzoną ciężarówkę.

To dziwne słowa jak na osobę, która na prawdę kocha swoje dziecko, ale równie mocno mi przykro, że zatracilam sienie. Nie jestem już człowiekiem, jestem matką. Nie robię nic dla siebie. Nawet nue czytam książek, bo nie mam kiedy. Jak mała śpi to sprzątam.

Mąż pomaga, robi zakupy, gotuje. Zajmuje się córką, wtedy mogę coś zrobić, ale zwykle to zamiatanie, umycie się.

Chcemy postawić dom, mamy działkę, nie jest może bajkowo, ale nie jest źle. Ja mam nadzieję, że będzie ze mną lepiej, żeby ta kruszyna była szczęśliwa.

***

Jak widać podobnie, a jednak różnie. Macierzyństwo to nie usłana różami ścieżka, no, chociaż róża ma kolce, to może jednak?

To praca całą dobę. Nie każdy znosi to tak samo z uśmiechem na ustach. Wsparcie młodej mamy jest niezwykle ważne, bo jak ma uwierzyć w siebie, gdy inni tego nie robią?

Oczywiście to jest pewien fragment całego obrazu, nie ma tu perspektywy ojca, ale myślę, że znajdzie się na to czas.

Dla kontrastu wypowiedź kobiety-nie-matki:

Nie czuję się na siłach, by brać odpowiedzialność za małego człowieczka. To nie nakręcana zabaweczka, znudzi się to odstawię. Nakarm, przewiń, przytul, pobaw się, upilnuj, sterta prania. Do tego strach, mam wrażenie, ciągły strach. Najpierw rosnący brzuch i rozstępy, bolące plecy i nogi, poród może trwać chwilę albo wieki, zrośnie się dobrze albo nie, a każdy ma swoje potrzeby, jak nie przez pierwsze pół roku to później. Każda kobieta chce się podobać, sobie albo komuś. Dobrze, jak ma kochającego męża, to na pewno inaczej niż jak się wpadnie. Z drugiej strony słyszałam jak dobry mąż wolał się wyprowadzić niż kolejną noc słuchać wrzasku dziecka. Więc strach nie tylko o to, co tu i teraz, ale i potem. Nie mówiąc już o kwestii finansowej, bo te 500+ to fajnie, ale co dalej? Na pieluchy na pewno starcza, ale dziecko rośnie, idzie do szkoły itd. Już nie wspominając o innym wsparciu tego patopaństwa – chore dziecko (mówię o poważnych wadach) ma się urodzić, bo tak. Nie ważne czy będzie niepełnosprawne, czy umrze niedługo po porodzie, ba, może jeszcze w brzuchu! Nie ważne, że to wydłuża traumę tej kobiety – bo jej nie widać. Kiedy pojawia się ciąża, dziecko, kobieta przestaje być człowiekiem. Mało kogo obchodzi jak ona się czuje, na co ma ochotę. A poza tym wszystkim nie podoba mi się nastawienie „kobieta=matka”. Nie mam i nie wiem czy będę miała dziecko, ale rodzinie nie dam wejść sobie na głowę. Ludzie mają dzieci, którzy absolutnie nie powinni! Przemoc idzie dalej, niekochane dziecko nie umie kochać albo nie do końca tak jak powinno. Nie okaże stosownie uczuć. Albo w drugą stronę, będzie nadmiernie je ukazywać. W tym kraju nie jest dobrze, bo patologia korzysta z wszystkich możliwych świadczeń, a jak ktoś przekracza te minimalne chyba 1900/os to nic się nie należy. Sam czynsz często już wynosi koło tysiaca, a gdzie jedzenie, ubranie, dojazdy, leki? Można chodzić kilka lat w tym samym, jak się nie zniszczy, ale teraz dobry materiał to nie takie oczywiste, niby dobre (drogie) marki mają gorsze rzeczy niż w lumpeksie. Ja dostaję jakieś 3300-3500 na rękę, kolo 4tys mój facet. My akurat wynajmujemy, więc znaczna kwota idzie w eter, ale kredyt do końca życia trochę straszy. Nowe budownictwo jest do kitu, ściany z tektury. Wolałabym swój dom postawić, ale koszt ziemi to też masakra. Chociaż zależy gdzie, bo takie wiejskie mieściny i gospodarstwa są w cenie 40m mieszkania w mieście, ale to zwyczajnie zwykle do generalnego remontu i daleko wszędzie. Coś za coś.