Nie-Matka-Polka

Może to dość głupie, ale tknęła mnie dziś taka rzecz..

Ludzie wokół biorą śluby i nie jest to nic zaskakującego, co rok (pominąwszy COVID) odbywają się imprezy, co rok rodzą się dzieci..

Zainteresowałam się nieco tematem. Wiek nowożeńców rośnie w sumie z roku na rok, dzietnoścć maleje, właściwie to ilość małżeństw też. Co ciekawe, jak już do ślubu dochodzi, to chętniej konkordatowy.

Co smutne rośnie ilość rozwodów, z różnych powodów, różnych stażów. Albo z pośpiechu i nie wypaliło (to tak do ok.4 lat trwania małżeństwa), czy nawet po usamodzielnieniu się dzieci (czyli jakoś po ok.20 latach małżeństwa).

Ale dlaczego w ogóle taki post, taki tytuł? Ano, bo ostatnio przygniotły mnie wręcz informacje o bobasach. Jeden znajomy został niedawno tatą, inna znajoma właśnie się dowiedziała o ciąży i w związku z tym hajta się z facetem (znaczy to raczej taki impuls, tak „przy okazji”, bo wiele lat ze sobą są, prowadzą firmę i nie było po drodze).

A ja, zaokrąglając lat 30, nie mam dzieci. Ba, nie rozczula mnie ich widok – dla mnie szczenię ludzkie jest najbrzydsze z potomstwa zwierzęcego. Proszę nie czuć się obrażonym/obrażoną, człowiek jest pochodną małpy i jest nadal zwierzęciem, nawet jeśli świadomie wybierze drogę wegetarianizmu/weganizmu. Drugie ba – nie czuję wewnętrznego parcia na rodzicielstwo (podkreślam wewnętrznego..). Trzecie ba – nie widzę się w tej roli. Ale te wszystkie elementy mają jednego przeciwnika w postaci pytania „czy ja jestem złym człowiekiem?”.

Czy jestem złym człowiekiem, złą kobietą? Czy ja powinnam mieć w sobie instynkt, chęć dążenia do posiadania potomstwa? Czy coś ze mną nie tak?

Zapewne takie myślenie jest wynikiem a) wychowania – dom, b) relacji wokół mnie – rodzina faceta, rodziny przyjaciół. Jestem świadoma moich praw, możliwości, ograniczeń czy ich braku w jakiejś dziedzinie; sama kobietom mówię, ile mają w sobie sił do zmiany rzeczywistości i nie należy trzymać się stereotypów, a sama się im poddaję. Hipokryzja?

Nie wydaje mi się, że to hipokryzja. Mimo pełnej świadomości czynu i zaprzeczenia samej sobie nie chcę kogoś oszukać dla własnej korzyści w tej czy innej formie, wręcz przeciwnie – chcę, by ludzie byli lepsi, lepsi ode mnie i wielu mi podobnych.

A jednak oglądając mimowolnie zdjęcia mniejszych i większych dzieci moich znajomych na FB poczułam ogromny smutek – a czy ja bym się też tak cieszyła z malucha? Czy ta wylewająca się z ekranu tęcza miłości jest prawdziwa? Toż wiadomo ile wysiłku i cierpliwości trzeba do małego dziecka, czemu tego nikt nie fotografuje?

Tekst nie ma mądrej puenty. To życie.

Prawa, a obowiązki?

Te dwa tytułowe słowa chyba ze sobą nie współgrają, choć powinny.

Wszyscy mają prawa, od groma tych praw i dobrze, nie neguję tego, ale czemu zapominają o obowiązkach z tym związanych?

Mam prawo do wyrażania swojego zdania. Obowiązkiem jest zachowanie chociaż minimum kultury. Znaczy, dla mnie to jakiś obowiązek, ale patrząc po realiach to chyba wolność słowa wypiera wszelką kulturę…

Mam prawo do wyrażania siebie, ale obowiązkowo trzymać się jakiejś granicy dobrego smaku i nie wywijać gołą dupą zarówno przed emerytami jak i dziećmi.

Mam prawo być nieprzygotowana, ale obowiązkiem jest przyjęcie konsekwencji. Z jednej strony myślałam, że może nawet wyciągnięcie wniosków, ale jednak nie – ilu ludzi robi głupoty i nic ich postępowania nie zmieni…

Czemu w ogóle ten post? Po artykule o prawach ucznia. Uczeń nie musi nosić zeszytów, książek, przyborów. Ba, nie musi chodzić na lekcje, byle tylko oceny miał. (artykuł już niedostępny, ale miło poczytać mądre Umarłe Statuty – co prawda uczeń jako tak nie musi nosić przyborów, ale to raczej jego określenie stosunku do przedmiotu)

Ale czy coś się nie pomerdało autorowi tekstu? Szkoła to nie studia, nie ma dowolności odwiedzania szkoły lub też nie. Jest coś takiego jak obowiązek szkolny do ukończenia szkoły podstawowej, dalej faktycznie do ukończenia 18. r.ż. jest obowiązek nauki. Zastanówmy się jednak realnie: jak nie zapisze to zapewne zapomni. Jak nie ma książki to jak się ma uczyć? Na podstawie czego? Ćwiczeń powtórzeniowych też nie musi, bo po co. Lekcja to tylko 45min, gdzie wchodzą sprawy organizacyjne na dzień dobry, zostaje 40min. Przedstaw cel, podaj temat, wprowadź zagadnienie, przećwicz, utrwal, spytaj i skończ przed dzwonkiem, bo trzeba załatwić inne sprawy, może ktoś ma pytania. A no i zajmij się osobami z trudnościami, dostosuj wymagania i sposoby pracy, nie zapomnij o indywidualizacji reszty klasy. To idealny scenariusz, gdy nie ma nadpobudliwych czy upierdliwych istot, którym akurat nie chce się uczyć, bo to i tak nudne i bez sensu.

Szkoła za uczniów odpowiada, gdy już do niej przyjdą, nie mogą sobie dowolnie spacerować po budynku, kiedy to powinni mieć lekcje.

Ludzie z ministerstw czy organizacji prouczniowskich często zapominają jak wygląda szkolna rzeczywistość i jaka ciąży na nauczycielach odpowiedzialność.

MEN coraz niżej

Jak wiadomo zapowiadają się coraz lepsze zmiany w edukacji. Od nowych przedmiotów poczynając (łacina i kultura antyczna) przechodzimy do wychowania w rodzinie. Z jednej strony jest tyle obaw, w dobie internetu dzieciaki w różnym wieku szukają informacji (i inspiracji?) tam, gdzie podstaw zdobywać nie powinny. Ale na zdrowy rozum, czy kogoś by miał powtrzymać komunikat „Jeśli nie masz 18 lat opuść tę stronę”?

Rękami i nogami rząd zapiera się, by edukacji seksualnej w szkołach nie było, bo to deprawuje, wypacza i tak dalej. A pornosy i słoneczka nie?

Z pewnością największą wiedzę na takie tematy mają księża i wszelkiej maści teolodzy (ci chociaż miewają rodziny). Szczególną perełką jest p. prof. Urszula Dudziak, doktor habilitowana i teolog wykładająca na KULu.

Nie miałabym nic przeciw nauce, ale żeby była popatra badaniami, pracami naukowymi – to wtedy jest przekaz naukowy, ale jeśli uczniom przekazuję moje własne przekonania to już poziom akademicki nie jest.

Wydawać by się mogło, że mówi i pisze nawet sensownie, wspomina o genetyce, chromosomach czy hormonach, ale to byłoby na tyle, bo od tego wychodzi wywów wręcz propagandowy. Kobieta to najlepiej pielęgniarka i nauczycielka, ma być delikatna, empatyczna i ma być MATKĄ. Nie koniecznie rodzić dzieci, ale wtedy zobowiązana jest być dziewicą, jeśli tych dzieci nie chce. Do tego powinna mieć silną więź z Bogiem i emanować swym macierzyństwem w formie dobroci ogólnopojętej.

Mężczyzna natomiast ma być silny, odpowiedzialny, odważny i rycerski. To mężczyzna ma otwierać drzwi i całować po rączkach, ma bronić domu i rodziny, więc jakaś ustępliwość i szukanie spokoju jest niemęskie.

Prezerwatywy i stosunek przerywany powodują raka piersi (sic!), więc wstrzemięźliwość i ślub kościelny to główne cele człowieka, bo rozwodnik wpływa negatywnie na młode umysły. Nie zapominajmy jeszcze o tym, że masturbacja ogranicza i zubaża, bo modlitwa i wiara powinny być na pierwszy miejscu.

***

Teraz coś ode mnie. UWAGA, trochę podejścia prywatnego –
nie trzeba czytać.

Ja mając lat już 25+ mogę powiedzieć szczerze, że masturbacja nie jest mi obca, nigdy z matką nie rozmawiałam na takie tematy i zaczęłam takie „odkrycia” długo przed pierwszym chłopakiem.

Jeden chciał mnie przelecieć, ale był ogólnie skoczny, więc dałam sobie spokój. Inny był strasznie zaborczy, też się skończyło, teraz jest kolejny i nie wstrzymuję sie od współżycia – antykoncepcja jest i żyję. To moje życie i do mojej dupy większe prawa ma mój facet niż kościół czy nawiedzona baba. Jeśli nie będę mogła zajść w ciążę jest in vitro i szczerze nie podejrzewam, bym miała wyrzuty sumienia z tego powodu, jeśli będę chciała zostać matką.

Wierzę czy nie wierzę – to mój interes i nikt nie będzie narzucał mi mojego stylu życia. Już mi pan prezes polskość odebrał, teraz baba-teolog mi odbiera kobiecość, bo na kolanach nie lecę do Częstochowy.

TO JEST KURWA CHORE!