Wybrałam się dziś do centrum na spotkanie. Było ładnie, całkiem ciepło jak na ostatnie dni, trochę słońca.


Posiedzieliśmy z dwie godziny, wypiliśmy kawę, pogadaliy, podyskutowaliśmy na różne tematy (migracja, polityka, mury, druty, ceny, bajki…) i się rozeszliśmy.
Wszystko fajnie, wracam tramwajem i tak coś szaro za szybą. Stajemy na przystanku, otwierają się drzwi i już wiem.
Nie padało. Lało! Ja w kurtce wprawdzie, ale bez choćby kaptura. O parasolce oczywiście można zapomnieć.
Z tramwaju do autobusu – czyli stanie 2x na światłach. Kałuże już wielkie, a ja w obuwiu mało wodoodpornym.. Potem z autobusu do domu. Przynajmniej takim parkiem się przechodzi, nawet w deszcz całkiem przyjemnie.


Wiecie, teraz w dobie ślicznych chodników z kostki mam sentyment do betonu. Jakkolwiek by to dla niektórych głupio nie brzmiało, wolę ten obecnie popękany i krzywy niż od linijki ułożoną kostkę.