to rzeczy, o których się zwyczajowo nie dyskutuje, bo prowadzą do… powiedzmy, nieporozumień, żeby nie powiedzieć wręcz awantur i wojen. A z drugiej strony czemu nie, zauważam coś, to i napiszę parę słów.
Mnie drażni na przykład taki specyficzny zwyczaj, raczej u młodych, żeby w wypowiedzi wplatać angielskie słówka. Ja rozumiem, uczą się od maleńkości, piosenki, gry, instrukcje – gro rzeczy jest po angielsku (oczywiście nie tylko, jednak ta przewaga jest odczuwalna), jednak wtrącane „well/so/fancy/creepy/nice/no shit, Sherlock/fun/sorry/…” jest takie…
Dla mnie to zwyczajnie zbędne i irytujące.
On jest taki creepy!
To teraz takie fancy.
Reakcja na ubiór: Niiice.
Zamiast „no cóż”: weeeell…
I tak dalej, i tak dalej. Ja może starej daty jestem, czepiam się. Dla nich to zapewne już naturalne, podświadomie używają tych słów jak i wielu innych, które przecież mamy w codziennym słowniku: weekend, TV, event, monitoring, bestseller, link, manager,… tego jest multum. Zdaję sobie sprawę, że to może zakrawa na hipokryzję, bo na pewno zdarzyło mi się rzucić „sorry” czy zastosować „peeling”, nie wspominając już o oczywistym „hobby”.
A co z Tobą?
