
To link do kursu (!) jak pokochać siebie.
Dla mnie takie kursy, szkolenia, doradztwo co mam zrobić, żeby siebie docenić zazwyczaj jest zwyczajnie durne, bo polega to na złotych radach „weź się w garść, przeczytaj „Pozytywne wibracje” i zapłać 200zł.
Ten kurs, który tak reklamują jako cudowny, mi pokazał się w promocji za jedyne 59zł! (zamiast 299…). Nie skorzystałam, bo nijak nie mam zaufania do tych cud-kursów z Internetu akurat na promce. Jeśli macie pozytywne doświadczenia dajcie znać.
Fragment opisu:
Prawdopodobnie wszystko, co wiesz na temat MIŁOŚCI DO SIEBIE jest kłamstwem…
Zwłaszcza, jeśli słuchasz o niej z ust ludzi promujących “jedyną słuszną”, czyli wiecznie pozytywną, postawę do życia.
Pozytywność może być toksyczna, zwłaszcza, gdy nie przyzwala na posiadanie i doświadczanie całego spektrum emocji, albo każe podważać trudne emocje.Jeśli i Ciebie męczy już słuchanie o tym, że “musisz pokochać siebie”, aby coś się zmieniło, ale jednocześnie gdzieś GŁĘBOKO w sercu CZUJESZ, że ten kierunek może być rozwiązaniem dla przerwania różnych powracających i trudnych doświadczeń – ZERKNIJ PONIŻEJ: https://embraceyourbusiness.pl/pokochaj-siebie-bardziej/
W jednym miejscu zebrałyśmy ponad 30 lekcji, które dało nam życie w zakresie prawdziwej miłości do siebie.
Prawdziwa MIŁOŚĆ WŁASNA to taka, dzięki której umiesz patrzeć na siebie oczami Wyższego “JA”.

Podejrzewam, że każdego czasem łapie chandra i zwątpienie. Jednakże trochę ten opis mi już nachodzi na jakąś jednostkę chorobową..
Ale no dobra, 0pis miłości brzmi nieźle, co ten kurs daje?

I cyk, chwyt o nazwie „zrobisz sobie prezent”. Prezent, czyli sugestia przyjemności. A każdy czasem zasługuje na coś miłego, prawda?
Popatrzmy w jaki sposób poznamy zasady karmy, jak możemy darować sobie zbawianie innych, jednocześnie ucząc się podążać za sercem.

Dostajemy wideo i mamy miesiąc pracy nad sobą. Co dzień. W perspektywie i porównaniu do spotkań ze specjalistą raz w tygodniu po godzinie to faktycznie lepiej wygląda.
Mamy definicję miłości do siebie, relacje z rodzicami, lokowanie miłości, dużo wizualizacji.
Może ktoś ma doświadczenie, czy jak wyobrażę sobie, że jestem dla siebie super babką z odkurzaczem w jednej, a laptopem w drugiej ręce to wpłynie to pozytywnie na moją samoocenę? Czy należy to wyobrażenie powtarzać do skutku?
W drugim tygodniu wizualizujemy proces wybaczania (?), uczymy się pokory, wdzięczności, szacunku… i na wszystko po jednym dniu. Czyli po tygodniu będę ideałem człowieka?
W kolejnym tygodniu docieramy do magii i mocy… Mocy przybywaj! Intuicja, miłość, aura i o dziwo bez wizualizacji: przyjmowanie i dawanie. Znaczy też miłości, szacunku i tak dalej?
(przepraszam, że trochę prześmiewczo, ale brzmi to dla mnie jak jakieś szukanie yin-yang z dozą Harrego Pottera w swoim wnętrzu, z całym szacunkiem; brakuje mi tylko jakiegoś Buddy, Nirwany i Tadź Mahal)
Kończymy edukację na równowadze energii męskiej i żeńskiej (genderyści w swoim życiole). Do tego medytacja, samouzdrawianie (?!), test od Wszechświata (…) i list od najważniejszej osoby (?).
Tak jak początek nawet mi się podobał i dał jakąś wiarę, że to może mieć sens, tak kolejne kroki już nie bardzo, bo od realizmu przechodzimy w magię wspartą medytacją. Poprawcie mnie jeśli się mylę.
Na pewno są ludzie, którzy w to wierzą jak w Boga/boga/bogów, niektórzy szkolą się na trenerów mentalnych (czy jak to się tam zwie), żeby pomagać, ale raczej spotkałam się z ludźmi, którzy po prostu trzepią kasę na nieszczęściu innych. Niektórym pomogą, bo stworzą obraz – taki, jaki chce się zobaczyć. Że komuś na nas zależy, że możemy docenić swoje cechy, że jesteśmy w czymś dobrzy… dobra, nawet jak ktoś chce tylko zarobić to i tak ma pozytywne skutki.
Wiecie co, chyba tylko krowa zdania nie zmienia. Wprawdzie nie zapisałabym się na taki kurs, ale już tak negatywnie o tym nie myślę.