Kulturalna sobota – Budka Suflera

Stwierdziłam, że przyda się jakiś stały element i oto jest: sobota z kulturą. Kulturą różnego rodzaju, muzyka, literatura, malarstwo, teatr, kino… za długo wymieniać, a wiadomo o co chodzi.

Długo myślałam co wybrać na pierwszy ogień i w końcu stanęło na rodzimym języku. Zespół kultowy, z ubiegłego wieku jeszcze, kiedy słowa piosenek miały większy sens mam wrażenie… może nadal mają, ale ciężej się im przebić?

W każdym razie dziś pod szyldem Nic nie boli, tak jak życie: Takie tango

Na sali wielkiej i błyszczącej
Tak jak nocne Buenos Aires
Które nie chce spać
Orkiestra stroi instrumenty
Daje znak i zaraz zacznie
Nowe tango grać
Siedzimy obok obojętni
Wobec siebie jak turyści
Wystukując rytm
Nie będzie tanga między nami
Choćby nawet cud się ziścił
Nie pomoże nic
Chociaż płyną ostre nuty
W żyłach płonie krew
Nigdy żadne z nas do tańca
Nie poderwie się
Bo do tanga trzeba dwojga
Zgodnych ciał i chętnych serc
Bo do tanga trzeba dwojga
Tak ten świat złożony jest
Zaleje w końcu Buenos Aires
Noc tak gęsta jak atrament
A gdy przyjdzie brzask
Co było w naszych sercach kiedyś
Kiedyś jak świecący diament
Cały straci blask
I choć będą znowu grali
Bóg to jeden wie
Nigdy razem na tej sali
Nie spotkamy się
Bo do tanga trzeba dwojga
Zgodnych ciał i chętnych serc
Bo do tanga trzeba dwojga
Tak ten świat złożony jest

Jak i taniec, tu tango, każda głębsza relacja wymaga zaufania, współpracy. Zobojętnienie i dystans tak często teraz po pandemii (i nie tylko) powodują niemały problem w tworzeniu relacji, bo jak to tak bez zaufania?

Ta metafora jest piękna, oczywista, a jednak nie do końca. Szansa na miłość, ta próba, wymaga od nas często jakiegoś chociaż kompromisu, a już na pewno wspominanego zaufania.

Poddajesz się? Zapomnij o happy endzie. Tańca i miłości nie nauczysz się w jeden wieczór.

***

  1. Krzysztof Daukszewicz
  2. Sohne Mannheims
  3. Kazik
  4. Kabarety
  5. Maleńczuk i inni

Nie-Matka-Polka

Może to dość głupie, ale tknęła mnie dziś taka rzecz..

Ludzie wokół biorą śluby i nie jest to nic zaskakującego, co rok (pominąwszy COVID) odbywają się imprezy, co rok rodzą się dzieci..

Zainteresowałam się nieco tematem. Wiek nowożeńców rośnie w sumie z roku na rok, dzietnoścć maleje, właściwie to ilość małżeństw też. Co ciekawe, jak już do ślubu dochodzi, to chętniej konkordatowy.

Co smutne rośnie ilość rozwodów, z różnych powodów, różnych stażów. Albo z pośpiechu i nie wypaliło (to tak do ok.4 lat trwania małżeństwa), czy nawet po usamodzielnieniu się dzieci (czyli jakoś po ok.20 latach małżeństwa).

Ale dlaczego w ogóle taki post, taki tytuł? Ano, bo ostatnio przygniotły mnie wręcz informacje o bobasach. Jeden znajomy został niedawno tatą, inna znajoma właśnie się dowiedziała o ciąży i w związku z tym hajta się z facetem (znaczy to raczej taki impuls, tak „przy okazji”, bo wiele lat ze sobą są, prowadzą firmę i nie było po drodze).

A ja, zaokrąglając lat 30, nie mam dzieci. Ba, nie rozczula mnie ich widok – dla mnie szczenię ludzkie jest najbrzydsze z potomstwa zwierzęcego. Proszę nie czuć się obrażonym/obrażoną, człowiek jest pochodną małpy i jest nadal zwierzęciem, nawet jeśli świadomie wybierze drogę wegetarianizmu/weganizmu. Drugie ba – nie czuję wewnętrznego parcia na rodzicielstwo (podkreślam wewnętrznego..). Trzecie ba – nie widzę się w tej roli. Ale te wszystkie elementy mają jednego przeciwnika w postaci pytania „czy ja jestem złym człowiekiem?”.

Czy jestem złym człowiekiem, złą kobietą? Czy ja powinnam mieć w sobie instynkt, chęć dążenia do posiadania potomstwa? Czy coś ze mną nie tak?

Zapewne takie myślenie jest wynikiem a) wychowania – dom, b) relacji wokół mnie – rodzina faceta, rodziny przyjaciół. Jestem świadoma moich praw, możliwości, ograniczeń czy ich braku w jakiejś dziedzinie; sama kobietom mówię, ile mają w sobie sił do zmiany rzeczywistości i nie należy trzymać się stereotypów, a sama się im poddaję. Hipokryzja?

Nie wydaje mi się, że to hipokryzja. Mimo pełnej świadomości czynu i zaprzeczenia samej sobie nie chcę kogoś oszukać dla własnej korzyści w tej czy innej formie, wręcz przeciwnie – chcę, by ludzie byli lepsi, lepsi ode mnie i wielu mi podobnych.

A jednak oglądając mimowolnie zdjęcia mniejszych i większych dzieci moich znajomych na FB poczułam ogromny smutek – a czy ja bym się też tak cieszyła z malucha? Czy ta wylewająca się z ekranu tęcza miłości jest prawdziwa? Toż wiadomo ile wysiłku i cierpliwości trzeba do małego dziecka, czemu tego nikt nie fotografuje?

Tekst nie ma mądrej puenty. To życie.