1.09.

Jak miło, początek września, koniec wakacji dla młodych, lato zmierza ku końcowi, zaraz liście lecą z drzew…

Tyle szczęścia i nieszczęścia w jeden dzień. Ja zawsze z duszą na ramieniu szłam do szkoły tego dnia, bo wiedziałam, że trzeba się przemęczyć jeszcze tyle miesięcy. Nie zawsze było źle czy ciężko, ale nie wszystko było ciekawe (i potrzebne 😉). Z drugiej strony trzeba pamiętać, że ptak to nie ryba, a żółw nie małpa. Równanie wszystkich do jednego poziomu nigdy dobrze nie wychodzi.

Oczywiście pewne rzeczy trzeba wiedzieć, żeby jakoś ogarnąć tę rzeczywistość. Zwyczajnie co nieco się przydaje.

Ale powiem Wam, że nie dziwię się słowom, że matura to bzdura, nie trzeba papierka, by dobrze zarabiać, a na co mi wiedzieć X, skoro nigdy nie użyję tej wiedzy?

I chyba tu jest pies 🐕 pogrzebany: użyteczność wiedzy. W szkole podstawowej zakres jest słusznie szeroki, żeby każdy mógł znaleźć swoją drogę. Ogólniak jest w sumie też dla niezdecydowanych – ja taką szkołę kończyłam 😉 Dopiero z racji matury trzeba było się określić, bo studia w planie – tylko jakie? No to chemia poszła i niemiecki, ale z tyłu głowy był ten stres „a co jeśli…”. A jak zabraknie punktów, nie dostanę się? Gdzie iść do pracy? Pewnie jakaś śmieciówka, ale zawsze grosz do kieszeni.

Trafiło się, że na te studia poszłam, ale znajoma nie miała tyle szczęścia (była któraś na liście rezerwowej) i łapała jakieś robótki, ulotki, jakieś sklepy z ciuchami, kontakt z klientem.

Technikum? To taki misz-masz, ogólniak z zawodem. Lekcje do 17 to żadne zaskoczenie (mam niedaleko do jednego technikum/branżówki), a sezon jesienno-zimowy jest wręcz dołujący (dla pracujących 8-16 też) 😉 40-godzinny tydzień nauki (nie daj panie jeszcze zajęcia dodatkowe!) i młody człowiek już psychicznie gotowy do dorosłości 😂 Tyle że pracę wykonuje się raczej jednego gatunku, a nie jakieś 10. Czy 12?

Nie wiem, system edukacji w Polsce podobno nie jest taki zły, że to dużo zależy od nauczyciela. Jasne, jeśli się dużo zapamięta z lekcji i nie ślęczy się nad pracami domowymi godzinami to zachęca do poszerzenia horyzontów. A jeśli ktoś nie ma smykałki do historii i jak nie wbije do głowy dwudziestu dat, o których i tak zapomni po teście to nie zda? Albo jeśli kogoś nie bardzo interesują zasoby naturalne i ile nizin jest w Ameryce?

P.S. fajne są notatki do geografii w formie plakatów z najważniejszymi informacjami (tak jak tu)

Ja nie lubiłam właśnie historii. Polityka, gospodarka krajów wszechświata, jeszcze połącz to z efektami po 20 latach na Polskę, gdy rządził X. Bo Y był w kontaktach z krajem R, który to spiskował z U. Dlatego teraz mamy PiS. 😂

Niektóre ciekawostki są fajne, ale ilość tej wiedzy może przytłaczać. Więc dopiero po latach zaczęłam się uczyć nowych rzeczy jak chciałam i kiedy chciałam. Zdecydowanie nie uczyli ich w szkole.

A jak wasz rozwój szkolno-poszkolny? 😉🧐🤔

Prawa, a obowiązki?

Te dwa tytułowe słowa chyba ze sobą nie współgrają, choć powinny.

Wszyscy mają prawa, od groma tych praw i dobrze, nie neguję tego, ale czemu zapominają o obowiązkach z tym związanych?

Mam prawo do wyrażania swojego zdania. Obowiązkiem jest zachowanie chociaż minimum kultury. Znaczy, dla mnie to jakiś obowiązek, ale patrząc po realiach to chyba wolność słowa wypiera wszelką kulturę…

Mam prawo do wyrażania siebie, ale obowiązkowo trzymać się jakiejś granicy dobrego smaku i nie wywijać gołą dupą zarówno przed emerytami jak i dziećmi.

Mam prawo być nieprzygotowana, ale obowiązkiem jest przyjęcie konsekwencji. Z jednej strony myślałam, że może nawet wyciągnięcie wniosków, ale jednak nie – ilu ludzi robi głupoty i nic ich postępowania nie zmieni…

Czemu w ogóle ten post? Po artykule o prawach ucznia. Uczeń nie musi nosić zeszytów, książek, przyborów. Ba, nie musi chodzić na lekcje, byle tylko oceny miał. (artykuł już niedostępny, ale miło poczytać mądre Umarłe Statuty – co prawda uczeń jako tak nie musi nosić przyborów, ale to raczej jego określenie stosunku do przedmiotu)

Ale czy coś się nie pomerdało autorowi tekstu? Szkoła to nie studia, nie ma dowolności odwiedzania szkoły lub też nie. Jest coś takiego jak obowiązek szkolny do ukończenia szkoły podstawowej, dalej faktycznie do ukończenia 18. r.ż. jest obowiązek nauki. Zastanówmy się jednak realnie: jak nie zapisze to zapewne zapomni. Jak nie ma książki to jak się ma uczyć? Na podstawie czego? Ćwiczeń powtórzeniowych też nie musi, bo po co. Lekcja to tylko 45min, gdzie wchodzą sprawy organizacyjne na dzień dobry, zostaje 40min. Przedstaw cel, podaj temat, wprowadź zagadnienie, przećwicz, utrwal, spytaj i skończ przed dzwonkiem, bo trzeba załatwić inne sprawy, może ktoś ma pytania. A no i zajmij się osobami z trudnościami, dostosuj wymagania i sposoby pracy, nie zapomnij o indywidualizacji reszty klasy. To idealny scenariusz, gdy nie ma nadpobudliwych czy upierdliwych istot, którym akurat nie chce się uczyć, bo to i tak nudne i bez sensu.

Szkoła za uczniów odpowiada, gdy już do niej przyjdą, nie mogą sobie dowolnie spacerować po budynku, kiedy to powinni mieć lekcje.

Ludzie z ministerstw czy organizacji prouczniowskich często zapominają jak wygląda szkolna rzeczywistość i jaka ciąży na nauczycielach odpowiedzialność.

Wiele zależy od…?

Nauczyciele, idźcie na role, zbierajcie trudkawki – i dorobicie, i może was przebadają. Nie ważne, że macie kontakt z uczniami w różnym wieku i były już przypadki wykazania wirusa u nauczycieli.

Maseczki w sumie to nie wiadomo czy dobre, czy złe, ale stwierdzono jednak, że nie mają wpływu na rozwój epidemii.

Ziemia jest płaska i żadnego heliocentryzmu nie ma, to propaganda i mydlenie oczu na Prawdę. Nowym Kościołem będzie Towarzystwo Płaskiej Ziemi. A tu dowody na jej płaskość: REO NA OPAK

Skąd to nawiązanie? Bosak cytując innych ludzi co prawda sam nie rozumie tekstu czytanego, więc faktycznie powinien wrócić do szkoły, bo wyrywanie jednego fragmentu (nawet nie zdania) z obszerniejszego wywodu nie świadczy dobrze o nikim, szczególnie o kandydacie na Prezydenta.

Ale w sumie jesteśmy w kraju absurdu, nie?

Kraju absurdu, gdzie prawo i sprawiedliwość nie idą w parze. Prawa obywatelskie razem z Konstytucją służą jako wycieraczka do butów.

Bo to zależy.

Strajk zawieszony?

Wiecie już zapewne, że strajk zawieszony. Tylko mnie nurtuje pytanie, czy słowo „zawieszony” na pewno jest stosowne. No bo postrajkowali 3 tygodnie (co prawda uczniowie to stracili z normalnych zajęć 5-8 dni, bo egzaminy, wycieczki, apele albo inne cuda), ale nauczyciel stracił tyle z pensji. I co z tego?

Wywalczyli coś? Tak trochę słabo.

Heroes come back in September?
I very much doubt it.

Jak oni spojrzą uczniom i rodzicom w twarz? Albo odwrotnie. Bo kto tu się powinien wstydzić?

Za ten cały hejt, wylewanie pomyj na zawód nauczyciela, za wyzwiska, za wszelkie obelgi, za wyśmiewanie, za robienie z wykształconej klasy bandę nierobów i idiotów – kto?

Nauczyciel, że chce podwyżki? Jasne, że każdy chce. Tylko jak się pracę docenia, to się ją też docenia pieniężnie.

Bardzo bym chciała zobaczyć, co się zadzieje we wrześniu. Jeśli tylko nauczyciele wezmą się w garść, zbuntują się i zastrajkują, to nikt nie powie, że dzieci stały się zakładnikami.

Bardzo chcę wierzyć w to, że to nie koniec. Że to zawiecha. Ale tyle podziałów w jednej grupie zawodowej to okropność i to może zaważyć na przyszłości nauczycieli. Bo czy strajkuje czy nie, jeśli dadzą podwyżki, każdy je dostanie.

Albo wprowadzą na szybko jakąś kolejną ustawę/uchwałę/rozporządzenie/wszystko/inne i od ocen będzie zależała wypłata. Myślicie, że nie będzie przekrętów? Naciągania? Bo nauczyciel to debil, pracujący tylko dla idei? Tylko że jak uczeń dostanie jedynkę, to wina nauczyciela, że nie umie nauczyć. To co ma powiedzieć ten, co dostał czwórkę albo piątkę?

No pewnie tajne komplety.

No kur*a nie

Ja wiem, że to już nudne, ale postaram się, ażeby to był przynajmniej jeden z ostatnich takich postów tutaj.

Ksiądz o strajku nauczycieli

Oto taki artykuł wynalazłam w Internecie. Nic nowego, powiecie. Ale czy to was nie zastanawia?

Dlaczego ksiądz wypowiada się o szkolnictwie? On szkołę już skończył, a swoich dzieci raczej nie ma.

Ale właściwie, ksiądz też człowiek, może mieć swoje zdanie. To w takim razie czy na pewno stosownym jest wypowiadać się w taki sposób?

Jeśli ktoś nie wchodził w powyższy link spieszę z wyjaśnieniem: ksiądz poprosił o modlitwę o „opamiętanie się nauczycieli, którzy bezpodstawnie protestują”. Do tego „kiedyś nauczyciel uczył za darmo i oddawał życie za ucznia”. Czyli idziemy tokiem rozumowania, iż to praca dla idei.

To wyższy cel, za który nie musiałoby być wynagrodzenia,
bo satysfakcja wystarcza.

Niech mi kto teraz powie, od kiedy księża jeżdżą fajnymi furami (generalizuję świadomie; wiem, że nie wszyscy jeżdżą); od kiedy w ogóle posiadają dobra doczesne; od kiedy pobierają opłaty za każdy sakrament; od kiedy/kiedy/… pytania można mnożyć. Może macie swoje?

Żeby było zabawniej miły ksiądz nie tylko pojechał po nauczycielach, ale i po dzieciakach. Skoro nie chodzą do szkoły, to tym bardziej powinny siedzieć w kościele, na rekolekcjach.
A nieobecni „zapłacą za to wysoką cenę po śmierci”.

***

Jednocześnie chcę dać wielkiego plusa innemu księdzu, który miał odwagę wyrazić się inaczej ks. Łukasz Kachnowicz (link).

On umie przyznać się do oczywistych faktów finansowych.

Sorry, ale my tez mamy powołanie, przede wszystkim powołanie, ale też dbamy o swoje finanse i to całkiem dobrze dbamy. Wcale nie jest tak, że wszyscy i wszystko robimy za „Bóg zapłać”. Nasze „co łaska” tez potrafi mieć konkretne stawki. 

ks. Łukasz Kachnowicz, FB 10.04.2019