Kulturalna sobota: Bez gorsetu

Bez gorsetu. Camille Claudel i polskie rzeźbiarki XIX wieku – wystawa w Warszawie do sierpnia 2023r.

Camille była uczennicą Auguste Rodina. Ciekawostka, dostawała najtrudniejsze elementy ludzkiego ciała do wykonania – dłonie i stopy.

Z uczennicy stała się kochanką, jednak Rodin nie miał zamiaru pozostawić matki swojego syna. Niestety po rozstaniu zaczęła mieć poważne problemy – depresja, alkoholizm, nawet obsesja. Efektem była psychoza i wywózka do psychiatryka. Ojciec już zmarł, a ani matka ani siostra nigdy jej nie odwiedziły. Za to brat 12 razy w ciągu 30 lat, które tam spędziła…

Rodin jednak zadbał o jej sławę na ile mógł. W Muzeum Rodina w Paryżu jedna z sal jest jej poświęcona. Jej własne muzeum powstało dość niedawno, w 2017r.

Oprócz dzieł francuskiej twórczyni, na wystawie pojawią się prace nieco zapomnianych, polskich rzeźbiarek XIX wieku – m.in.: Antoniny Rożniatowskiej, Toli Certowicz czy Natalii Andriollowej.

Kulturalna sobota: Sibylle Bergemann

Muzyka, literatura, to teraz… fotografia! Sybille Bergmmann, (u)znana fotografka niemiecka. W 1990 roku współzałożyła “Ostkreuz” – agencję fotografii dokumentalnej uznawaną obecnie za jedną z najważniejszych w Niemczech, jednak w jej portfolio znajdziemy Azję, Afrykę, a nawet modę.

W Gdańsku do 3 maja oglądać można jej obszerną wystawę podzieloną na 12 działów tematycznych.

Seria: Kobieta o kobietach cz.5

Kolorowy ptak, kolorowy charakter. Frida Kahlo dziś na tapecie.

Magdalena Carmen Frieda Kahlo y Calderon, butna i zawzięta, aspirowała na medycynę (gdzie dziewcząt było jak na lekarstwo; ha ha). Pech chciał, że wsiadła do innego autobusu niż pierwotnie miała i trolejbus również „wsiadł”, powodując drastyczny wypadek. Ciało Fridy przebiła stalowa poręcz, nie mówiąc o takich drobiazgach jak połamane kości od kręgosłupa do śródstopia. Wbrew rokowaniom lekarzy przeżyła, a po wielu miesiącach zaczęła ponownie uczyć się chodzić.

Czas spędzony w szpitalu poświęcała malowaniu. Wstać nie mogła, ale rękami na leżąco sobie radziła. Prace te pokazała potem malarzowi Diego Riverze, spotkanego jeszcze w gmachu szkoły. Efektem tej znajomości był ślub, gdy miała 22 lata. On był starszy o jakieś 20.

Podróżowali, spotykali się z innymi artystami na całym świecie, były wernisaże (obojga), cóż za życie! Wprawdzie Diego lubił umilić sobie czas innymi kobietami, ale jakoś to mogła przeboleć. Póki jedną z kochanek nie stała się jej młodsza siostra.

Przez rok nie wzięła pędzla do ręki. Ostatecznie im wybaczyła, ale to była zbyt wielka rana, by ją ot tak zapomnieć. Wdała się w romans z Lwem Trockim, a Diego wystąpił o rozwód. Kobiety były ok i Diego też, ale żeby Frida miała romans z facetem? Tak nie może być!

O ironio, rok po rozstaniu znów się pobrali. Fizycznie niewierni, ale przyjaźń, sztuka i komunizm były silniejsze.

Generalnie to Diego był tym „znanym artystą”, a Frida żoną w cieniu. Malowała trochę dla zabicia czasu i smutku (samotność, ból po operacjach oraz strata 3 ciąż), ale po sukcesie w Ameryce był Paryż. Nie czuła się tam zbyt dobrze, ale uznanie rosło. Gorzej ze zdrowiem…

Kręgosłup wysiadał, po 30 jeździła na wózku, amputowano palce u stopy, potem nogę do kolana. Mimo kamiennej maski bardzo cierpiała.

W Meksyku wystąpiła na własnym wernisażu niemal jak eksponat – w łóżku z baldachimem na środku galerii. To była równia pochyła ku śmierci, ale nawet na kilka dni przed śmiercią namalowała jeszcze obraz – arbuzy z podpisem „Viva la vida”.

Autoportret jako Tehuanka

***

Czytaj też pozostałe części serii „Kobieta o kobietach”:

  1. Kobieta o kobietach – część 1
  2. Kobieta o kobietach – część 2
  3. Kobieta o kobietach – część 3
  4. Kobieta o kobietach – część 4
  5. Kobieta o kobietach – część 5
  6. Kobieta o kobietach – część 6

Sztuka nowoczesna~art

Wiecie, ja chyba jestem za stara albo za tępa.

Sztuką kiedyś były piękne płótna, które przedstawiały bitwy czy ważne wydarzenia.

Sztuką stała się deska klozetowa na ścianie. Fuck logic.

Taka wystawa Karoliny Jaklewicz (to nie ma być reklama) to… różne, fajne linie. Kreski czarne, szare, jakieś białe kwadraty – daję tu ten plus za głębię, efekt 3D (a co skojarzyło mi się z Animusem – AC).

Ale dorabiania kresek do krzyża i robienie z niego swastyki już nie jestem w stanie pojąć. To ma nas zmusić do refleksji? Pokazać, że linie zmieniają pogląd?

Jak na mój gust wszystko fajnie, ale skoro już te linie porusza, bawi się nimi i tworzy – niech też poczuje granicę, bo ją też pewne linie wyznaczają. A może specjalnie granicę przekroczyła?

Nie chcę tu też stawiać się w roli poszkodowanego chrześcijanina, bo o religii/wyznaniu nie rozmawiam – to jest prywatny interes każdego z nas. Jednak nadal nie wydaje mi się to stosownym.

A gdyby powiedzieć, że dżinizm to taki hitleryzm z racji znaku?

A gdyby z symbolu islamu zrobić Pacmana?

Ludzie, mamy tyle religii na świecie. Chrześcijaństwo, dżinizm, animizm, buddyzm, hinduizm, gnostycyzm, judaizm, islam, shinto, taoizm i jeszcze ileś więcej.

A może byśmy się na lucyferianizm ateistyczny przerzucili? Albo chociaż na ateistyczny satanizm? Będziemy rozważać nad dobrem i złem, i może wtedy do niektórych dotrze ich głupota.

Sztuka współczesna czy dziecięce bazgroły?